Dopracowana konstrukcja podwozia oraz zapewniający niesamowite wrażenia z jazdy napęd zapowiadają masę zabawy. Trzeba tylko pamiętać, by nie oddalać się zbytnio od cywilizacji.

Zamiast wlewać benzynę, wpinamy wtyczkę i… czekamy. Pełne naładowanie w trybie „quick charge” zajmuje godzinę.

Elektryczny silnik znajduje się najniżej jak to możliwe. Designerzy wyróżnili go kontrastującym z czernią wykończeniem.

Nowoczesny kokpit może informować niemal o wszystkim. Mimo to wydaje się bardzo czytelny.


Nieuniknione dzieje się na naszych oczach. Pojazdy elektryczne, czy chcemy tego czy nie, stają się faktem na drogach i tylko kwestią czasu jest, kiedy zaczną zajmować coraz wyższe pozycje w zestawieniach rejestracji nowych pojazdów. Choć w żadnym innym segmencie rasowy gang silnika nie jest tak istotnym aspektem charakteru maszyny jak na rynku motocyklowym, coraz częściej odbywają się również premiery cichych, elektrycznych jednośladów. Choć na ogół są to propozycje nieznanych producentów należące do tych najniżej pozycjonowanych klas pojazdów, to jednak przestaje już być to regułą. Przykładem na to jest tegoroczna premiera elektrycznego motocykla zza oceanu, która jest tym bardziej niecodzienna, że stoi za nią utożsamiany z tradycją i konserwatywnym podejściem do konstrukcji motocyklowych producent z Milwaukee. Mowa oczywiście o znanej na całym świecie i chlubiącej się mianem „kultowej” marce Harley-Davidson. Patrząc jednak z drugiej strony, to właśnie przełomowe konstrukcje zapisują się na kartach historii najwyraźniej, budując w ten sposób bogate dziedzictwo. Taką konstrukcją jest z pewnością Livewire.

Od czego się zaczęło?

Początki elektrycznego H-D sięgają 2014 roku, kiedy światło dzienne ujrzał pojazd koncepcyjny o tej samej nazwie. Wersja produkcyjna, która właśnie na dniach ma trafić do salonów marki na całym świecie, z wyglądu nie różni się znacząco od prototypu. Jednak jak twierdzą amerykańscy inżynierowie, jest to zupełnie nowa i modyfikowana wielokrotnie konstrukcja. Prezentacja 5 lat temu prototypu Harleya bez spalinowego napędu w układzie V2 była swoistym „wypuszczeniem zwiadowcy”. Zrobiło się o niej bardzo głośno, a spece z R&D bardzo uważnie śledzili wywołaną burzę i zbierali oraz analizowali dane. Jak świat przyjmie elektrycznego Harleya? Czy nie uderzy to zbytnio w wizerunek brandu? Lepszy power naked? A może od razu cruiser? Pytań było wiele, ale odpowiedzi pojawiły się szybciej niż sądzono. Mimo to temat jakby ucichł i zaczęły szerzyć się pogłoski o problemach finansowych i zawieszeniu projektu. Jednak H-D nie zamroził działań w tym kierunku, a otwarte w 2018 roku w Dolinie Krzemowej biuro rozwoju pojazdów elektrycznych wydaje się być tego bezpośrednim efektem. O szczegółowych aspektach technicznych pojazdu producent na razie milczy. I nic w tym dziwnego, bo technologie związane z napędem elektrycznym są ciągle na etapie raczkowania, a każde sprawdzające się w jakimś stopniu rozwiązanie jest pilnie strzeżone.

Mocarny napęd

Znamy za to podstawowe dane maszyny. Za napęd odpowiada specjalnie opracowany silnik synchroniczny z magnesem stałym, który wyposażono w chłodzenie cieczą. Nazwano go bardzo wymownie, bo „Revelation”, co można tłumaczyć jako objawienie i co niejako odnosi się do nazewnictwa spalinowych jednostek stosowanych przez producenta. Silnik posiada sześć biegunów oraz inwerter typu IGBT i kręci się z maksymalną prędkością 15 tys. obr./min. Moc uzyskiwana na wale sięga 105 KM, a moment obrotowy plasuje się na poziomie 116,6 Nm. Warto zaznaczyć, że maksymalny moment obrotowy dostępny jest już od startu. Dlatego też w tej konstrukcji skrzynia biegów czy klasyczne sprzęgło okazały się zupełnie zbędne. Po prostu włączasz, odkręcasz manetkę gazu i… znikasz. W dodatku nie towarzyszy tej teleportacji ryk spalinowej lokomotywy. Inżynierowie H-D twierdzą, że nie chcieli, by pojazd jedynie wytwarzał aerodynamiczny szum, dlatego tak opracowali konstrukcję silnika, że brzmi on jak turbina gazowa pracująca na wysokich obrotach, choć jest oczywiście znacząco cichszy. Warto pogrzebać w Internecie i posłuchać, jak ten sprzęt przyspiesza. A robi to niezwykle sprawnie, bo ważący 249 kg Livewire potrafi rozpędzić się od 0 do 100 km/h w zaledwie trzy sekundy i, jak zapewne każdy się domyśla, tu nie kończy się zabawa…

Za zasilanie tej elektrowni odpowiada wysokonapięciowy akumulator, który wchodzi w skład zaawansowanego systemu magazynowania energii i wielokrotnego ładowania RESS. Litowo-jonowa bateria, jak głosi wszechobecna plotka, dostarczana jest przez koncern Samsung SDI. Jej maksymalna pojemność to 15,5 kWh, z czego minimum 13,6 kWh ma być nominalnie dostępne dla napędu. Ma się to przekładać na zasięg rzędu 235 km w cyklu miejskim oraz ok. 150 km w trasie. Do uzupełniania „paliwa” służyć może wbudowana ładowarka, która konwertuje sieciowe napięcie 230 V i jest w stanie w pełni naładować pojazd w ciągu 12,5 godziny, co daje zasięg ok. 20 km po godzinie ładowania. Możliwe jest też ładowanie za pomocą szybkich ładowarek stacjonarnych, które w trybie „quick charge” nabiją 100% baterii w ciągu jednej godziny lub 80% w ciągu 40 minut. Część zużytej na poruszanie się energii można odzyskać podczas hamowania. Plusem tego rozwiązania jest także mniejsze zużycie układu hamulcowego przy spokojnej jeździe.

W konstrukcji tego motocykla przypadek zdaje się nie mieć miejsca. Pięć lat pracy nad pojazdem – od konceptu, przez prototyp, po wersję seryjną – chyba nie poszło na marne. Mocarny silnik w celu maksymalnego obniżenia środka ciężkości powędrował na sam dół – w miejsce, gdzie klasyczne konstrukcje mają miskę olejową. Tuż nad nim znalazły się ogniwa w żebrowanej, aluminiowej obudowie, a tam, gdzie przeważnie znajduje się zbiornik paliwa, pod zgrabną pokrywą upakowano zaawansowaną elektronikę sterującą parametrami pracy silnika oraz systemami bezpieczeństwa. Przestrzenna, aluminiowa rama wygląda na filigranową. To w głównym stopniu ona, w połączeniu z aluminiowym wahaczem oraz nowoczesnym zawieszeniem z górnej półki, odpowiada za prowadzenie maszyny. Przednie oraz tylne elementy resorująco-tłumiące są w pełni regulowane i zostały przygotowane przez speców z firmy Showa. Tutaj obyło się bez elektronicznych bajerów, które, koniec końców, wydają się zbędne w jednośladzie o zdecydowanie miejskim charakterze. Stylistycznie Livewire nawiązuje do najbardziej usportowionego Sportstera, czyli do modelu XR 1200, i z nim ma najwięcej cech wspólnych, wliczając w to geometrię podwozia i charakter.

Elektroniczne dodatki

Elektryczny Harley-Davidson wyposażony został w autorski układ Reflex Defensive Rider Systems. Poszczególne jego funkcje zarządzają kontrolą bezpieczeństwa jeźdźca. Składają się na nie zarówno kontrola trakcji, jak i ABS (obydwa systemy działają z uwzględnieniem jazdy w zakręcie), a także układ stabilizacji jazdy DSCS, który dba o odpowiedni moment obrotowy na tylnym kole. Nad całością czuwa sześcioosiowy, elektroniczny mózg.

Do dyspozycji szczęśliwca, który zasiądzie za sterami „żywego kabla”, jest aż 7 trybów jazdy. Poszczególne z nich różnią się od siebie kombinacją dostępnej mocy, poziomu odzyskiwania energii, reakcji na potencjometr przyspieszenia i ustawieniami kontroli trakcji. Cztery z nich są fabrycznie zaprogramowane (sportowy, drogowy, maksymalnego zasięgu i jazdy w deszczu), a trzy kolejne można modyfikować dowolnie.

Jak przystało na przełomową konstrukcję, Livewire został naszpikowany elektronicznymi gadżetami. Jego kokpit stanowi kolorowy ekran TFT, który może wyświetlić niemal każdą informację związaną z pojazdem. Komputer pokładowy został wyposażony w GPS, łączność Bluetooth, a także modem LTE, by informować właściciela o swoim statusie nie tylko podczas jazdy oraz odbierać informacje w czasie rzeczywistym. Bezprzewodowa łączność z motocyklem odbywa się za pomocą specjalnej aplikacji na smartfony. Oprócz statusu pojazdu, jak stan procentowy i czas do pełnego naładowania akumulatora, komputer może wyświetlać wszelkiej maści powiadomienia, a także wyszukiwać najbliższe stacje ładowania czy monitorować aktywność pojazdu i lokalizację. Jeśli motocykl poruszy się bez twojej wiedzy, zostaniesz o tym natychmiast poinformowany.

Oczywiście nie mogło także zabraknąć kontroli muzyki, połączeń telefonicznych czy wspomaganej informacjami o ruchu drogowym nawigacji. Usługa H-D Connect nie będzie dostępna na wszystkich rynkach. Jak będzie w Polsce? Dowiemy się niebawem.

Czy ten motocykl będzie faktycznie spełniał obietnice producenta i sprawdzi się w codziennej eksploatacji? Jest na to szansa, bo rozwijana stale koncepcja czekała 5 długich lat, by trafić w ręce konsumentów. Kto będzie mógł dosiąść elektrycznego Harleya? Zapewne nie każdy, bo sprzęt został wyceniony na poważne 150 tys. zł. Czy znajdą się zatem chętni? Z pewnością.

Przyszłość marki?

Warto przy okazji zaznaczyć, że Harley-Davidson nie zamierza poprzestać na tym jednym modelu. Livewire ma być pierwszym z serii elektrycznych jednośladów, a firma pracuje również nad mniejszymi pojazdami do poruszania się po mieście, a także do zabawy na bezdrożach. Będziemy bacznie śledzić, dokąd zawędrują twórcy legendarnych amerykańskich krążowników.